niedziela, 30 listopada 2014

Mini recenzje - Timof + Quiet Little Melody

Spust

Joe Matt

Od czego zacząć?

Naprawdę nie wiem.

Do dzisiaj pamiętam słowa Dema, który kiedyś kręcił przy mnie nosem na autobiografie. "Po co pisać o sobie? Kogo to obchodzi? I tak nie mamy interesującego życia."

"Spust" to perfekcyjny tego przykład.

W komiksie nic się nie dzieje. Joe Matt na przemian rozmawia z kumplami, masturbuje się i użala nad sobą (głównie użala). Jest skrajnie odrażającym i żałosnym typem. W komiksie nie poznaje żadnej "ważnej życiowej lekcji". Nie zostaje skonfrontowany z żadnym problemem. Nie obserwujemy go w jakimś ważnym momencie jego życia. Ot. Jest.

Do tego "Spust" to największy festiwal gadających głów, jaki w życiu widziałem. To parodia potencjału komiksowego medium. "Przegadany" to mało powiedziane. Nawet, gdy Joe siedzi sam w pokoju i czochra Froda to gada do siebie i użala się nad sobą. I gada. I gada.

I gada.



A jak nawet gada o jakiejś ładnej dziewczynie którą zauważył w restauracji, to jej nie pokaże. Bo i po co. Kadr jest tylko na nim. Wiecznie na nim. Ten komiks to jakieś...szybka matma...115 stron...razy 8 kadrów na stronę...to jakieś...

920.

920 portretów Joe Matta. Bogowie. Że mu się chciało.

Mimo wszystko należą się propsy dla autora za odwagę. Człowiek uzależniony od masturbacji to pasjonujący temat. Trzeba mieć jaja, żeby wydać 115sto stronicowy komiks o tym, że się masturbujesz. Albo mieć głowę głęboko we własnej dupie. Matt wydał parę komiksów. A wszystkie to autobiografie. O jego dzieciństwie. O jego związku.

Stary. Po prostu. Daj se spokój.

Joe Matt w "Spuście" woła o pomoc. Krzyczy "spójrzcie, jaki jestem ŻAŁOSNY". Ale w swym egocentryzmie jest tak bardzo skupiony na sobie, że zapomina o czytelniku. O PODSTAWACH opowiadania historii i rysowania komiksów.

Tak. Jesteś żałosny.

I co z tego?

3/10 – potwornie zaprzepaszczony potencjał

- - - - - - - - - - - - -

Ralph Azham

Lewis Trondheim

To najlepsze fantasy, jakie czytałem od bardzo dawna.

Do tego to francuskie fantasy. Francuskie fantasy ma to do siebie, że nie ma w nim żadnych jebanych krasnoludów i elfów. I smoków. I tych wszystkich stereotypów. Francuski komiksowy mainstream to prześciganie się w wymyślaniu najciekawszych światów fantasy, pełnych dziwacznych potworów i magii.

Super.

Pierwszy tom "Ralpha Azhama" kupił mnie z miejsca. Ale to od drugiego zaczyna się tak naprawdę szalona jazda bez trzymanki. Żonglerka magicznymi artefaktami. Kalejdoskop lokacji. Garnitur postaci. Nigdy nie wiesz, co się zaraz stanie, gdzie Ralph trafi i kogo spotka. To jest największa zaleta komiksu. Ma takie powalone tempo, że czytasz go z prędkością siorbanego makaronu.

Nie mogę się nadziwić, z jaką lekkością Trondheim prowadzi całą historię. Porusza miejscami naprawdę ciężkie tematy, ale nigdy się na nich nie skupia. Na pierwszym planie zawsze jest przygoda.

PRZYGODA, DZIWKI!

"Ralph Azham" lawiruje między stereotypami fantasy ze zręcznością hasającej baletnicy. Główny bohater utrzymuje idealny balans między fajtłapą a bad-assem. Do tego jest wybrańcem! A może nie? Tak naprawdę jest cała masa wybrańców. Co?

Póki co przeczytałem 3 tomy. Dlatego brak oceny. Ale rany. 

Po prostu. 

Po prostu zróbcie sobie przysługę. Zwłaszcza, jeśli lubicie fantasy.

Kupcie, przeczytajcie, pokochajcie/10 – fest fantasy








 - - - - - - - - - - - - -

Moskwa

Øystein Runde, Ida Neverdahl

Miałem okazję poznać tę czarującą dwójkę na MFKiG. Øysteinowi tak spodobała się moja kreska, że z miejsca kupił różową koszulkę z Upadłym Paladynem Tęczy (w której paradował po festiwalu) i "Ostatni przystanek". Dał mi też w prezencie swój i Idy premierowy komiks. "Moskwę" właśnie.

"Moskwa" dziwna jest. To relacja dwójki norweskich autorów, którzy wybrali się do Rosji na jakiś duży festiwal komiksowy. Głównie opowiadają o swoich przygodach w Rosji (o samym festiwalu jest chyba jedna-dwie strony).

Sam parokrotnie rysowałem komiksowe relacje z festiwali i wrzucałem na Kreskotok. I takie właśnie odczucie miałem cały czas czytając "Moskwę". Że to krótki komiks internetowy, który jakimś cudem wydłużył się do objętości albumu i trafił na papier. Jest tu typowa dla webkomiksów memowość, jak podniecanie się Putinem i jednorożce. I słodkie minki.

Ciekawostka, że "Moskwa" jest rysowana na zmianę przez Idę i Øysteina. Nie wiem, czy widziałem podobnby trick w jakimkolwiek innym komiksie.

Oh well. Nie uznaję tej lektury za czas stracony. Ale cieszę się, że nie wydałem na nią ani złotówki.

5/10 – Meh


 - - - - - - - - - - - - -

Piaskowa Opowieść

Jim Henson, Jerry Juhl, Ramón K. Perez

Zanim był jeszcze znany ze stworzenia Muppetów, Jim Henson, wraz ze swym kumplem scenarzystą Jerrym Juhlem, napisali scenariusz filmowy. Pomimo licznych poprawek, filmu nikt nie chciał wyprodukować.

Bum. Ramon Perez. Komiks. Eisnery.

Łał.

Wszyscy zgodnie zachwycają się nad tym, jak komiks jest narysowany. Ale wiele głosów słusznie zwraca uwagę, że jego fabuła jest bezsensowna i używa absurdu dla samego absurdu.

To zabrzmi bardzo snobistycznie i skrajnie pretensjonalnie, ale dla mnie "Piaskowa Opowieść" to bardziej doświadczenie, niż opowieść. To idealny przykład historii drogi, gdzie nie cel, a podróż ma znaczenie. Komiks zaskakuje z każdą kolejną stroną, wsysając czytelnika w niedorzeczny świat, w którym faktycznie może stać się WSZYSTKO. Koniec obfituje w plot twisty, które mogę spowodować jedynie drapanie się po głowie...ale co z tego? Co się naoglądałeś/aś do tej pory, to twoje.

"Piaskowa Opowieść" jest nie tylko fantastycznie rysowana. Ramon Perez manifestuje tutaj BEZBŁĘDNE zrozumienie języka komiksu. Wziął scenariusz filmu i bezbłędnie go przetłumaczył na komiksowe medium. Dość powiedzieć – czytając "Opowieść" wiele się nauczyłem.


Najlepiej pokazuje to jedna z pierwszych scen – Mac, nasz protagonista, trafia w sam środek potańcówki. Kadry są porozrzucane po całej stronie, bez logicznego kierunku czytania – idealnie odwzorowując tym kakofonię tańczącą na wszystkich zmysłach bohatera i chaos, jaki go otacza.

Musicie sobie zadać pytanie – czy jestem typem człowieka, który przedkłada konstrukcję fabuły nad wszystko? Jeśli tak, ten komiks nie jest dla was. Jest jak Indiana Jones, gdyby przez cały film uciekał ze złotym posążkiem w garści przed wielką kamienną kulą.

Za to jeśli lubicie motyw drogi i przygodę dla samej przygody – jak najbardziej. Tym bardziej, jeśli uważacie się za fana/kę komiksu jako medium – wnikliwa lektura "Piaskowej Opowieści" może wiele was nauczyć.

Nic dziwnego, że komiks dostał trzy nagrody Eisnera.

8/10 –Szalona przygoda

 - - - - - - - - - - - - -

Quiet Little Melody

Sebastian Skrobol

Mam dość.

Nie wiem jak wy, ale ja mam serdecznie dość.

Mam DOŚĆ przeróbek bajek. DOŚĆ czerwonego kapturka i całego tego kuźwa szajsu. W mojej osobistej książce uchodzi to za skrajne lenistwo – weź historyjkę z public domain, zmień parę rzeczy i voila. Wszyscy znają i kochają wyjściową historię. Oklaski.

Gdyby to jeszcze jakoś fajnie zostało zreinterpretowane. Poza historyjką o czerwonym kapturku znajdziemy tu też znaną wszystkim opowieść o Jasiu i Małgosi – absolutnie nie zmienioną przez autora w żaden sposób. Po prostu. Se wziął i opowiedział historyjkę o Jasiu i Małgosi w środku albumu.

Jedyną wartą odnotowania zmianą w opowieści jest wilk, który okazał się być leśniczym-wilkołakiem. Ale to i tak nie ma sensu. Gdyby wyciąć leśniczego, cała fabuła nic by na tym nie straciła. Po prostu, wepchnięto go tutaj, bo wiadomo, jak czerwony kapturek, to musi też być i wilk.

Po co ten komiks istnieje? Nie wiem. Czerwony kapturek wybiega do lasu w poszukiwaniu lekarstwa dla chorego brata. Na koniec znajduje lekarstwo dla chorego brata. Tyle.

Komiks jest fantastycznie wydany. Sprawnie narysowany. Bardzo klimatyczny. I dobrze poprowadzony. Ale nie ma chyba najważniejszego – puenty. Myśli. Żartu. Pointy. Czegokolwiek.

Po prostu istnieje.

Zamiast bawić się w wycinanki i kolaże z nieśmiertelnych klasyków, ruszcie dupę i zróbcie swojego własnego nieśmiertelnego klasyka. Zróbcie coś tak dobrego, żeby przyszłe pokolenia leniwych autorów mogły się nad tym pastwić.

A wierzę, że Sebastian Skrobol jest do tego zdolny.

4/10 – Ładne portfolio







7 komentarzy:

  1. *egocentryZmie, Kapitan Ortografia przybywa z odsieczą!

    Zasmuciłeś mnie tym Skrobolem - takie ładne obrazki i tak, jak piszesz, niedobry komiks. Za to scena potańcówki z "Piaskowej opowieści" istotnie doskonała, przypomnij mi o tym komiksie, jak będę nieopodal. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie Ci pożyczę "Piaskową Opowieść" :D

      Usuń
  2. Nie szaleję zbytnio za fantasy, ale tym Ralph Alzham to mnie zaciekawiłeś :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten Ralph Azham mnie zainteresował z opisu, ale rysunki mi się bardzo nie podobają. Nie są złe, tylko po prostu nie w moim guście, więc sobie odpuszczę :|
    Z dwiema osobami rysującymi komiks na przemian spotkałam się w Akatsukissie wydanym przez Studio JG i była to jedna z najgorszych "polskich mang" jakie widziałam, zwłaszcza pod względem języka komiksu - Guardian był paskudny i niechlujny, ale przynajmniej przejrzysty.
    Piaskowa Opowieść z kolei wygląda bardzo interesująco. Nie wiem jeszcze czy lubię powieści drogi, ale sobie obczaję.
    Aw damn, zespoilowałeś mi Quiet Little Melody :< To trochę moja wina, tho - kupiłam to jednocześnie z Twoimi Tramwajami, którymi się tak podjarałam, że bardziej zajęło mnie pisanie o nich na blogasku niż czytanie jakiegokolwiek innego komiksu :3 Ja lubię przeróbki baśni, mitów, legend i wydarzeń historycznych, zarówno tych bardziej jak i mniej znanych. Nie wiem, czy to mi się spodoba, kupiłam tylko ze względu na ładne obrazki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie problem w tym, że w "Quiet Little Melody" nie ma za bardzo cokolwiek do zespoilowania. To po prostu bajka o Czerwonym Kapturku i Jasiu i Małgosi. Wszyscy je znają.

      Usuń
    2. Nie zgodzę się właśnie dlatego, że lubię przeróbki tych motywów: anime Jin-roh też jest dość wyraźnie oparte na Czerwonym Kapturku, ale jest przy tym świetnym dramatem psychologicznym. Albo w Rewolucji Według Ludwika Kaori Yuki kapturek Kapturka stał się czerwony, bo brutalnie zamordowała swoich rodziców. To, że komiks prawie nic nie zmienia w oryginalnej baśni to też mi dużo zdradza ;)

      Usuń